ikultura.net

element

psychophenomenon

Zespół ten określił swój styl jako "neo death" i tym samym popełnił muzyczne samobójstwo w moich oczach. Dlatego wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy okazało się, że muzycy ELEMENT wychodzą obronną ręką z kłopotów, w które sami się wpakowali. Nie mogło być jednak inaczej, gdyż chłopaki już od pierwszych dźwięków "PsychoPhenomenon" (pomijam intro) walą z grubej rury, zabójczo ciężkim death metalem, którego skomasowane brzmienie przypomina nieco Zyklon, a nawet Krisiun. Nie jest to jednak prosta napierdalanka, która wpada jednym uchem, aby wypaść za chwilę drugim i mógłbym się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest to twór wielowymiarowy. Takie wrażenie w rozpoczynającym kawałku "Anothereality" sprawiają klawiszowe wkręty umieszczone pośród brutalnej jazdy. Po nim następuje utwór "Sanctum", który ze względu na dużą liczbę symfonicznych wstawek, nabiera nieco black metalowego posmaku (porównania do Emperor mile widziane), a już całkowicie ekstrawaganckim i jednocześnie udanym pomysłem jest zindustrializowany fragment pojawiający się w środku tej kompozycji. Trzeci na płycie "Efreet" przetacza się po słuchaczu w średnich tempach, nierzadko przyśpieszając i wbija się w mózg mocarnymi, thrashowymi riffami okraszonymi zakręconą solówką. Zresztą świetna praca gitarzystów (szczególnie partie solowe) oraz ciekawe wokalizy (growl, skrzek, czysty głos, jakieś szepty, a wszystko w bardzo specyficznym wydaniu) są elementami charakterystycznymi dla całego wydawnictwa. Ale to co dobre szybko się koĹ„czy, a w tym przypadku skoĹ„czyło się wraz z nadejściem tytułowego numeru, czyli "PsychoPhenomenon". Być może ta doomowo-rockowo-gotycka piosenka miała być kolejnym urozmaiceniem i momentem wytchnienia, ale jak dla mnie wyszło z tego nudne smęcenie. Następnie wybrzmiewa utwór "Sabre" i jest już odrobinę lepiej, ale nadal za dużo tutaj pierdolenia się z gównem, a za mało konkretów. Ta zniżka formy jest na szczęście tylko chwilowa, a koĹ„cówka krążka to prawdziwie killerski stuff. Warto zwrócić uwagę na kawałek "Zealot", który jest progresywny, nie tylko ze względu na swoją długość (ok. siedem i pół minuty). Z powodzeniem łączy agresję i moc pierwszej części tego materiału ze spokojniejszymi patentami z tej "słabszej", a więc mamy i fragmenty symfoniczne i łamiące kości death metalowe zawieruchy, ale także gitarę akustyczną na podkładzie dynamicznie pracującej perkusji, całe spektrum partii wokalnych oraz czysto klawiszową koĹ„cówkę. Słucha się tego naprawdę dobrze, a na koniec Andi, Fil, Voitheq, Simon i Matt zapodają siarczystą i konkretną kompozycję "Daemonopolis 2002", potwierdzającą tylko wysokie umiejętności tych młodych ludzi, które zostały opatrzone dobrą produkcją w Studio Hertz. Teraz już wiem o co chodziło z tym "neo deathem", bo 35 minut muzyki w wykonaniu ELEMENT zawiera wszystko co najlepsze w nowoczesnym śmierć metalu. Być może płyta ta nie jest już pierwszej świeżości, jednak jak to się mówi jest "stara, ale jara" ! Warto się w nią zaopatrzyć, bo kapela z okolic Krosna, jako jedna z niewielu polskich, undergroundowych formacji zyskała rozgłos także za granicami naszego kraju. Ja czekam na nowy krążek, który już jest zapowiadany na stronie internetowej zespołu.

/max/

© Element 2007